
01 05
Kiedy wychodziło się z domu — i nagle robił się wieczór.
Nikt nie liczył minut. Liczyło się tylko tu i teraz — i wszystko, co mogło się jeszcze wydarzyć.
Podwórko, las, działka albo wakacje na wsi. Różne miejsca, ale uczucie to samo: świat należał do nas, a czas nie miał znaczenia.

Nikt nie liczył minut. Liczyło się tylko tu i teraz — i wszystko, co mogło się jeszcze wydarzyć.

Koc stawał się bazą. Kałuża — oceanem, którego nie dało się ominąć. Pomysł wystarczał, żeby zacząć.

Pokłócić się i za chwilę znów razem wymyślać zasady. Ubrudzić kolana i naprawdę być tam, gdzie się było.

Zmęczenie mieszało się z radością, kolana nosiły błoto, a kieszenie — kamienie, patyki i znaleziska, które jeszcze chwilę temu były całym światem.

Pełne swobody, zachwytu, brudnych kolan i czasu, który nie pogania. Dla dzieci — i dla nas wszystkich. Bo dziecięca radość z odkrywania świata może zostać z nami na długo.